Polska piłka i film mają się dobrze - Gwiazdy (2017)

Muszę to załatwić już na samym początku. Wkurwia mnie nieziemsko podejście, że jeśli idę na film i jest on polskiej produkcji, to pewnie jakiś gniot, ale spoko - dam mu szansę. Z takim podejściem na starcie już od wielu, wielu lat bardzo wiele polskich pozycji kinowych trafia w niepamięć. Tak się stanie pewnie z bardzo dobrym filmem Jana Kidawy-Błońskiego pt. "Gwiazdy".

Nie mamy tu do czynienia z amatorem, reżyser wiedział doskonale jaki obraz chciał stworzyć. Udowodnił to już parę razy choćby przy "Skazanym na bluesa", czy "Różyczce". Nie jest to wiernie odwzorowana biografia Jana Banasia. Dodano kilka dodatkowych wątków, choćby miłosnych i przyjacielskich rozterek, które dodają charakteru dla filmy. Sam Jan Banaś bardzo ciepło wypowiada się na temat przemieszania jego historii życia z wymyśloną przez scenarzystę fikcją. To też daje mi sygnał, jak bardzo zdystansowanym człowiekiem jest teraz Pan Banaś.

Bardzo zgrabnie połączone są dwa elementy, które w mojej ocenie były kluczowymi kwestiami, powodami losów kariery piłkarza z Zabrza. Z jednej strony to młodzieńcze życie, rozterki, wątpliwości, miłość, przyjaźń, komplikacje, wiele emocji, bezradność - mix wszystkiego, co może spotkać młodego człowieka. I do tego ona - piłka nożna. Z drugiej zaś strona polityczna, w której znajdował się nasz bohater. Bardzo skomplikowana jak na tamte czasy, pokazująca do cna, jak naprawdę było, bez żadnego zamydlania oczu. I w tym wszystkim, jakoś miał się odnaleźć młody piłkarz. Jak mu to wyszło? Zobaczcie sami, finał może Was zaskoczyć.

Dodatkowym atutem filmu jest śląski klimat, piękne odwzorowanie tradycji, kultury, ówczesnej sytuacji materialnej mieszkańców Śląska, obyczaje, gwara. To bardzo ważne, bo film miał na celu wypromować, czy też pokazać miasto Zabrze od obyczajowej, kulturalnej, historycznej strony. Bez ściemy, bez niepotrzebnych naginanych faktów, scen. Surowo, wg tematu.

Dwie, młode gwiazdy polskiego kina spotykają na planie, Mateusz Kościukiewicz i Sebastian Fabijański. Nie wiem tylko czyja to wina, reżysera, czy samych aktorów, ale wgl nie potrafiłem ich odebrać jako piłkarzy, a w takim filmie, myślę że powinno być dosyć oczywiste. Może zabrakło tu przygotowania do roli? Albo reżyser stwierdził, że to mało istotny aspekt? Nie wiem, ale czegoś tu brakowało. Na mój aplauz zasłużył Eryk Lubos, pokłon dla Magdaleny Cieleckiej i wyrazy uznania (jak zwykle) dla Mariana Dziędziela. Paweł Deląg, Adam Woronowicz - poprawnie.

Cieszę się, że powstają dobre, polskie filmy, dzięki którym mogę poczuć klimat lat, w którym nie było dane mi żyć. Dzięki którym mogę zrozumieć starsze osoby, które machają na mnie rzucając na odchodne "ech, i tak nie zrozumiesz". To bardzo ważne, bo buduje świadomość naszej tożsamości narodowej i kulturowej. Z polskich kinem, jak z polską piłką - ma się coraz lepiej. Z tą różnicą, że w polskiej kinematografii wydaje mi się, że mamy więcej Lewandowskich, niż Nawałka w swojej kadrze.

Moja ocena: 8/10.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.